piątek, 2 listopada 2012

A jak Afganistan

Adam Michnik pisał kiedyś felietony o czytanych przez siebie książkach zatytułowane "Moje dziwne gusta". Ten dobry tytuł chciałbym zapożyczyć dla kilku najbliższych wpisów, bo czas podzielić się wrażeniami z paru miejsc, do których, jak sądzę, wybiera się mało kto.

Zaczynam zatem od A: A jak Afganistan. Ten kraj chodził mi po głowie od dawna, a przybliżył mi go artykuł Andrzeja Mellera w Travellerze kilka lat temu. "Przecież to niebezpieczne! Tam nic nie ma. Po co? Dlaczego?". Rozumiem te pytania, ale mam na to jedną odpowiedź, za Reinholdem Meissnerem: because it's there. Mówiąc swoimi słowami: byłem, bo chciałem. I wróciłem w jednym kawałku. Nie będę przekonywał, że każdy może spróbować, bo tak nie jest. Nasza Pani konsul w Kabulu, u której byłem na przemiłej rozmowie i herbatce, powitała mnie słowami: "Co mamy Państwu mówić, żebyście tu nie przyjeżdżali?". Ale w czasie rozmowy ze mną przekonała się, że ma do czynienia z człowiekiem rozsądnym, a nie wariatem, który nie wie gdzie się pcha. Zrobiłem szerokie rozpoznanie przed decyzją, wypytałem Andrzeja Mellera i Michała P., który od kilku lat tam mieszka pracując dla NGO. Uznałem, że jest na tyle bezpiecznie, że można jechać. W 2014 wojska NATO wyjdą z Afganistanu i być może przez wiele lat nie będzie szansy się tam dostać. Do tego kilka ważnych zasad: nie podróżować lądem (porwania, miny, wariactwo na drogach), unikać zgromadzeń (zamachy, rozruchy), jeździć z zaufanymi kierowcami, respektować lokalne zasady, uważać, co się fotografuje. I przestrzegać reguł ramadanu, bo akurat się zaczął.

Afgańską wizę załatwia się łatwo i tanio w ambasadzie w Warszawie, zupełnie odwrotnie niż polską dla obywateli Afganistanu (na którą praktycznie nie mają szans). Trudności zaczęły się przy zakupie biletu lotniczego. Chciałem lecieć narodowymi liniami Ariana Afghan Airlines ("moje dziwne gusta"), które nawet miały swojego przedstawiciela w Polsce (Aviareps). Niestety, pomiędzy moim pierwszym telefonem a decyzją o zakupie, agentowi odebrano prawa sprzedaży biletów Ariany (a naprawdę je sprzedawali kilka razy w roku dziennikarzom czy pracownikom NGOs), kazano odesłać blankiety biletowe (papierowe - unikat!) i w ogóle nie powiedziano o co chodzi. To samo stało się u innych agentów w Europie, do których dzwoniłem, a strona www Ariany przestała działać. Zdaje się, że wycofali połączenie z Frankfurtem i uznali, że obecność agentów w Europie nie miała już sensu. Problem był w tym, że Ariany nie ma w Amadeusie ani innych systemach rezerwacyjnych. Nie zrażony dodzwoniłem się ostatecznie do agenta Ariany w Dubaju, który po ściągnięciu pieniędzy z karty wysyłał mi dziwnie wyglądające ciągi skrótów i cyfr, które okazały się jednak być prawdziwym e-ticketem na tę linię. Niemniej jednak aż do momentu wejścia na pokład nie do końca wierzyłem, że polecę.



Lot do Kabulu wyświetlał się tylko na niektórych ekranach dubajskiego lotniska, w bilecie miałem inną godzinę wylotu niż ta, którą znali w check-inie, a wylot był z jakiegoś całkowicie zapomnianego terminalu, z którego korzystają wyłącznie dalekowschodni gastarbeiterzy. Niemniej jednak stary Airbus z ogromnymi oldschoolowymi rzutnikami pod sufitem się w końcu zmaterializował i faktem stało się to, że leciałem do Kabulu. Miłym gestem obsługi było podanie posiłku przed startem, gdyż w czasie lotu nadchodził świt, po którym już jeść ani pić w ramadanie nie wolno. Zastanawiałem się, czy mój Airbus ma za sobą ciekawy epizod z czasów talibanu, kiedy to samoloty tej linii, w służbie państwowej jako narodowy przewoźnik, woziły na zlecenie władz między innymi opium, broń, gotówkę i terrorystów z Al-Kaidy (na fałszywych papierach pracowników Ariany) na trasach do Pakistanu i na Bliski Wschód. Spać z emocji za bardzo się nie dało, zwłaszcza, że zaczęły się widoki całkowicie pustynne, zakurzone i zapylone, a na koniec z tego wszystkiego wyłoniło się lotnisko w Kandaharze, niegdyś stolicy talibów, gdzie stanęliśmy na międzylądowaniu. Klimat tego lądowania, tego pyłu, w połączeniu z tą niesamowitą nazwą miasta i wojskowymi pojazdami opancerzonymi zatrzymującymi na czas lądowania ruch samochodowy wokół lotniska sprawił, że gdyby nie zdjęcie dyskretnie strzelone z iphona, to chyba bym myślał, że mi się to przyśniło.


Następny przystanek był w Kabulu, ale o tym w kolejnym odcinku.

czwartek, 15 marca 2012

Belavią przez Mińsk, czyli jak ciekawie ułożyć przelot - cz. 2

Przyznaję, minęło trochę czasu i zapewne nikt już nie czeka na konkluzję mojej historii z Mińska sprzed roku. Niemniej jednak wypada mi dokończyć opowieść co było dalej, jest to sprawa, która wisi u mnie nie załatwiona, no i mam też chęć wrócić do blogowania, więc wracam i (d)opowiadam.

Oto przekroczyłem drzwi wyjściowe strefy przylotów lotniska w Mińsku, gigantycznego, betonowego budynku z lat '80. Tego dnia planowano odlot jeszcze tylko 3 czy 4 samolotów, w tym mojego do Gruzji. Gigantyczny gmach był niemal całkiem pusty. Wyszedłem na zewnątrz. Pusty parking, dwie taksówki - Łady, cisza jak na wsi (50 km od miasta, które rad bym zobaczyć, ale miałem za mało czasu). Żadnych reklam, a nośniki wypełnione plakatami narodowo-patriotycznymi: Białoruś, kraj dla narodu. Przemysł naszą dumą (z traktorami, a było to w momencie, w którym Białoruś oddała Rosji ich fabrykę, aby zmniejszyć dług). I milicjanci w czapach rodem z CCCP. Chcesz wejść z powrotem - pokaż bilet i paszport. W panice szukam ich po kieszeniach. Są! Bez biletu - nielzja (a matkę możecie pożegnać z tarasu machaniem). Po lewej stronie lotniska - centrum usługowe, ale jakie! Nie sklepy duty-free czy starbucksy, o nie! Lata '80 trwają. Jest tu szewc, fryzjer, krawiec i manikiurzystka - normalni rzemieślnicy.



Wydaje mi się, że wynika to z rozdzielnika - każdy ZAKŁAD PRACY, a takim jest lotnisko, powyżej iluś tysięcy ludzi musi zapewne mieć na pokładzie szewca i krawca. Do szewca się nie dostałem - czynne jest od 5.40 do 12.40.



Poczytałem za to cennik usług fryzjerskich przybity do drzwi. Męskie: mycie głowy tyle i tyle, strzyżenie proste typu "Borys" tyle, modelowanie typu "Jeżyk" tyle, typu "Bobrzyk" - tyle. No kidding, naprawdę taka klasyfikacja. Osobno ceny za suszenie suszarką ręczną i kloszową. U Pań również ciekawie. Strzyżenie włosów do 25 cm - jedna cena, powyżej 25 cm - inna (słusznie!). Modelowanie typu "Irena"...



Wystarczy. Zostawiam różowe drzwi jak w salonie IZISu. Idę dalej, mijam puste hale odpraw i jedno czynne wejście, oczywiście z kolejką i oczywiście na mój lot. Na drugim końcu hali - restauracja. Rzecz normalna na lotnisku, ale tu - z szatnią, parkietem do tańca, podestem dla zespołu, kandelabrami i żyrandolami. Sylwester w terminalu? Imieniny w hali odlotów? Wszędzie oczywiście pustki. Czy to też rozdzielnik, czy już z rozpędu?? Głupieję, wracam do drzwi z kolejką. Tęga naczelniczka przepuszcza po jednej osobie, wrzeszczy na każdego - rządzi. W tych krajach kult władzy jest najważniejszy.

Z ulgą siadam w poczekalni. Mała próbka Białorusi wystarcza. Przede mną Gruzja, kraj, który jak mało który chce dołączyć do Europy (a najlepiej Ameryki) i całe dziedzictwo CCCP długo, choć sukcesywnie i gwałtownie strząsa. Ale to już temat na nowego posta.

PS. Zdjęcia w jakości szpiegowskiej, bo kilkakrotnie łamałem zakaz fotografowania.

piątek, 24 czerwca 2011

Belavią przez Mińsk, czyli jak ciekawie ułożyć przelot - cz. 1.

O tym, że staram się zawsze lecieć inną linią lotniczą, najlepiej - kraju, do którego się wybieram, już na naszym blogu wspominałem. W swojej kolekcji mam bilety takich linii jak Air Botswana, Air Koryo (z Korei Północnej) czy BH Bosna Hercegovina Airlines. Taki wybór pozwala już w chwili wylotu poczuć klimat miejsca, do którego lecimy. Zakutane w mundury z hidżabem stewardessy Iran Air czy wyświetlany na ekranie kierunek modlitwy w stronę Mekki w Royal Brunei Airways od razu wprowadzają nas do kręgu kulturowego, który otoczy nas na miejscu.



Lufthansa, Swiss, Air France to przy nich nuda, a i katering pokładowy mniej interesujący, bo przemysłowo przemielony w wielkoskalowej fabryce ludzkiej paszy. Nie to, co tadżyckie linie lotnicze (którymi jeszcze nie leciałem), gdzie dostaniemy uczciwe jajko na twardo!

Tym razem celem mojej podróży była Gruzja i powrót ustawiłem sobie oczywiście liniami Air Zena Georgian Airways, ale ciekawiej było podczas przelotu Warszawa-Tbilisi. Ten odcinek podróży ułożyłem przez białoruski Mińsk liniami Belavia, których jeszcze dotąd nie miałem okazji przetestować. "Komandir korablia" powitał na pokładzie i polecieliśmy, dodam od razu, że Boeingiem i bez kur na pokładzie (już nie te czasy i nie te trasy). W ramach kateringu przysługiwało nam to:



Moi koledzy-agenci lotniczy na Facebooku deliberowali, czy jest to mydełko i woda z cytronem do obmycia rąk przed właściwym posiłkiem, ale niestety był to kompletny "meal", na jaki na trasie do Mińska mogliśmy liczyć. Ewentualnie coś więcej - na lotnisku w Mińsku, gdzie wypadła mi około trzygodzinna przesiadka. Do miasta za daleko (lotnisko jest położone strategicznie ponad 50 kilometrów od centrum), zatem moim planem było przejście przez granicę i spacer po lotnisku od strony dostępnej wszystkim.

Plan bardzo dobry, bo w strefie tranzytowej zaoferowano mi siedzenie w pustym pomieszczeniu na skórzanej kanapie i czekanie na kogoś, kto mnie zabierze o godzinie bliżej nieokreślonej. Postanowiłem zatem stanąć w kolejce po wizę, aby wyjść na świeże powietrze. "Ale wiecie ile wiza kosztuje??" - dziwiła się pograniczniczka. 30 euro dla Polaków - na szczęście tylko tyle, bo inni obywatele Unii płacą 180, a Amerykanie, najwyraźniej na Białorusi całkowicie zbędni - 420 dolarów!!! Już po godzinie stania w kolejce i załatwiania formalności wizowych mogłem wyjść na zewnątrz, gdzie czekał inny, stworzony przez Łukaszenkę, świat...

CDN!

sobota, 4 czerwca 2011

Czerwiec, czyli SEZON!

Sezon na wyjazdy firmowe w pełni, zatem w skrócie przedstawiamy to, co mamy na tapecie w czerwcu.

Zaczynamy od pionierskiej na rynku wyjazdów incentive wyprawy do Gruzji, gdzie czeka na nas niesamowita przyroda, gościnni, uwielbiający Polaków Gruzini, świetna kuchnia i wino o tradycji, która liczy 3000 lat. Oprócz takich atrakcji jak rafting czy tradycyjne walki khridoli nasi goście znajdą w programie kąpiel w siarkowej łaźni i wizytę w jedynym na Świecie muzeum Stalina.



W następnym tygodniu duża grupa najlepszych przedstawicieli naszego Klienta poleci do Andaluzji na tygodniowy pobyt, podczas którego zobaczą dosłownie wszystkie atrakcje tej części Hiszpanii i spotkają... kogoś słynnego!

W drugiej połowie czerwca realizujemy wyjazd integracyjny o tematyce winiarskiej w Polsce. Pracownicy naszego Klienta spędzą dwa dni w Kazimierzu i nad Małopolskim Przełomem Wisły, gdzie zdobędą wiedzę winiarską, spróbują dań kuchni molekularnej oraz odwiedzą winnicę, w której powstają jedne z najlepszych polskich win. Ten unikatowy program realizujemy razem z Magazynem Wino.



Na naszych gości czeka także Wenecja, którą odwiedzą zwycięzcy ogólnopolskiego konkursu oraz połowy dorszy na Bałtyku, na które udadzą się goście naszego stałego Klienta.

Zapraszamy również na wyjazd do Nomy, najlepszej restauracji na Świecie. Mamy ostatnie wolne miejsca na wyjazd w dniach 30.06 - 1.07.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Czas na piknik!

Pierwsze grille dymiące podczas weekendu i towarzysząca im piękna pogoda przypomniały nam, że nadchodzi pora pikników. Piknik firmowy bywa często jedynym, na jakim bywamy w dzisiejszych czasach. Dla nas, organizatorów, jest chyba ulubioną formą integracji i mamy wrażenie, że dla naszych Klientów również. Bo nie trzeba wyjeżdżać z miasta, bo można przyjść i wyjść o dowolnej porze, bo można zabrać rodzinę i oddać się atrakcjom w niewymuszonej, leniwej atmosferze...

Nasze pikniki nigdy nie należały do zwyczajnych. Realizowaliśmy pikniki cyrkowe, z konferansjerem na wielbłądzie, konkurencjami z udziałem akrobatów, prawdziwym namiotem cyrkowm i spektaklem na zakończenie. Często organizujemy pikniki S.O.S., podczas których wraz ze strażakami i ratownikami uczymy rodziny jak bezpiecznie spędzić wakacje, a w wersji dla dorosłych - jak w praktyce używać gaśnicy:



Czasami inspiruje nas miejsce, na przykład kopalnia skalna naszego Klienta, wymarzona lokalizacja do pikniku sprzed milionów lat, albo klub polo, gdzie organizujemy "Piknik z Ascott, czyli ĄĘ". Jedną z ulubionych konwencji spotkania jest piknik oldschoolowy, czyli pełen wspomnień z nostalgicznie wspominanych czasów, na przykład roku 1980: olimpiada w Moskwie, czyli zajęcia sportowe, gwiazdy z tamtych lat - jak prowadzący zabawę olimpijczyk Andrzej Supron, a na koniec - koncert zespołu Kombii...

Co roku opracowujemy nowe koncepcje i nowe konwencje. Zapraszamy po tegoroczne pomysły - zapraszamy, bo... lubimy pikniki!

piątek, 11 marca 2011

Najlepsza restauracja Świata i nowości w Pracowni Przygód

W tele-ekspresowym skrócie informujemy:

Zapraszamy do Nomy, restauracji nr 1 na Świecie
W kwietniu organizujemy wyjazd do kopenhaskiej Nomy, najlepszej restauracji na Świecie według rankingu San Pellegrino na rok 2011. Rene Redzepi, szef Nomy, zaskoczył Świat wprowadzeniem na salony kuchni uznawanej dotąd za marginalną - skandynawskiej, północnej, nieznanej. Wyszukał dawne duńskie dania, nazrywał zapomnianych roślin i ziół, namówił lokalnych producentów na dostawy i stworzył nową jakość.


Lista gości na kwiecień jest zamknięta, ale niebawem otworzymy kolejną. Zapraszamy wszystkich zainteresowanych, zarówno prywatnie, jak i firmowo. Rezerwacja indywidualna w Nomie graniczy z cudem ze względu na kolosalny popyt na stoliki, ale my mamy swoje sposoby.

Nasz człowiek recenzentem restauracji!
Miło nam poinformować, że współzałożyciel Pracowni Przygód, Łukasz Kalinowski, został recenzentem kulinarnym Magazynu "Wino". Od numeru 1/11 (aktualnie do nabycia w empikach i sklepach z winem) w Magazynie pojawiać się będą recenzje restauracji wyróżniających się kartą win i ambitną kuchnią.
Przypominamy, że we współpracy z Magazynem "Wino" Pracownia Przygód realizuje wyjazdy winiarskie i winiarsko-kulinarne prowadzone przez najlepszych znawców tej tematyki w Polsce. W maju po raz drugi realizujemy wyjazd winiarski do Toskanii.

Beatyfikacja Jana Pawła II - polecamy ofertę biura Dobre Miejsce

Wszystkich zainteresowanych zapraszamy do udziału w wyjazdach do Rzymu w okresie beatyfikacji Jana Pawła II. Przykładowe daty pielgrzymek realizowanych przez zaprzyjaźnione biuro Dobre Miejsce to 27 kwietnia - 2 maja i 28 kwietnia - 3 maja. Dla grupy 20-30 osób możliwe jest skorzystanie z oferty "przelot samolotem i zakwaterowanie w hotelu w Rzymie" od 30 kwietnia do 4 maja w cenie 2500 zł za osobę. Atutem oferty są hotele położone w Rzymie. Szczegółowych informacji udziela Iwona Grzybowska, tel. 608 512 000, email: pielgrzymki@dobremiejsce.waw.pl
http://www.dobremiejsce.waw.pl/kontakt.php

piątek, 7 stycznia 2011

Pasja tworzenia, czyli Syrena Sport

Rok 1957. Na fali odwilżowego entuzjazmu i rozluźnienia politycznego, grupa zapaleńców z FSO rozpoczyna prace nad nowym samochodem. Samochodem sportowym...

W czasach, gdy Warszawy są dostępne tylko dla sektora publicznego, a Syreny dopiero rozpoczynają swoją historię, kilku facetów, za darmo i po godzinach, projektuje, konstruuje, klepie i własnoręcznie poleruje prototyp, który stanie się legendą - Syrenę Sport. Profesor Cezary Nawrot z ASP, jeden z najwybitniejszych polskich designerów, z którym miałem przyjemność rozmawiać kilka lat przed śmiercią, wspominał, że była to czysta pasja tworzenia. Mimo skromnych umiejętności, ograniczonego dostępu do zachodnich wzorców i kiepskich warunków, zespół stworzył coś, co do dziś zachwyca swoim pięknem.


Rok 1978. Zbliżają się kolejne targi, a Fabryka Samochodów Dostawczych z Nysy musi zaprezentować coś nowego. Nysy wykonano już w całym mnóstwie wersji, co tu zrobić, gdy czas nagli? Jest pomysł! Weźmiemy podwozie i kabinę Nysy oraz gotową przyczepę z Niewiadowa. Dopasujemy, podokręcamy - tu się przytnie, tam podetnie i pasować będzie świetnie. Będzie Nysa Kemping. Nieważne, że kilka lat wcześniej przedstawiano zgrabny samochód kempingowy na bazie Fiata 125p czy Tarpana. Nieważne, że na kilometr widać, że sklecono toto naprędce. Ważne, że jest!


Żaden z tych samochodów nie został wdrożony do produkcji ani nawet nie przetrwał do dnia dzisiejszego. O Nysie Kemping więcej nie słyszano. Jednak Syrena Sport żyje - na zdjęciach, w pamięci i w marzeniach. Każdy, kto interesuje się świętej pamięci polską motoryzacją, słyszał o niej i zżymał się, że w latach '70 ją zniszczono. Są już nawet tacy, którzy rozpoczęli prace nad budową jej repliki . Pasja jej konstruktorów przeniosła się na następne pokolenie.

Pasja jest niezbędna we wszystkim, co robimy. Program wyjazdu i imprezy, artykuł w gazecie, książkę - wszystko można sklecić z gotowych kawałków. Ale nie łudźmy się - nie wyjdzie z tego nic godnego zapamiętania.

Od prawie 10 lat projektujemy i wdrażamy Przygody dla firm. Wygrywamy wyłącznie pomysłami i pasją tworzenia - jeśli przegrywamy, to dlatego, że klient wolał "zwykły wyjazd". Ale my nie chcemy robić rzeczy zwykłych.

Przesłanie na nowy rok i nową dekadę XXI wieku: cokolwiek robimy, w pracy czy w życiu prywatnym, róbmy to tak, żeby nigdy nie wyszła nam Nysa Kemping.

Niech nam zawsze wyjdzie Syrena Sport.

.

czwartek, 6 stycznia 2011

2011

Ale ze mnie bloger! W 2010 roku napisałem... dwa razy. Ale narodziny dziecka odbierają trochę czasu w życiu człowieka. Tak naprawdę - rozpoczynają rodzicowi życie od nowa.

W 2011 roku Pracownia Przygód skończy 10 lat. Będą obchody, będą zmiany, będzie nowe logo. Będzie o czym pisać! Wszystkiego najlepszego, żeby nam się dzieci nie czepiały rakiet!