Zaczynam zatem od A: A jak Afganistan. Ten kraj chodził mi po głowie od dawna, a przybliżył mi go artykuł Andrzeja Mellera w Travellerze kilka lat temu. "Przecież to niebezpieczne! Tam nic nie ma. Po co? Dlaczego?". Rozumiem te pytania, ale mam na to jedną odpowiedź, za Reinholdem Meissnerem: because it's there. Mówiąc swoimi słowami: byłem, bo chciałem. I wróciłem w jednym kawałku. Nie będę przekonywał, że każdy może spróbować, bo tak nie jest. Nasza Pani konsul w Kabulu, u której byłem na przemiłej rozmowie i herbatce, powitała mnie słowami: "Co mamy Państwu mówić, żebyście tu nie przyjeżdżali?". Ale w czasie rozmowy ze mną przekonała się, że ma do czynienia z człowiekiem rozsądnym, a nie wariatem, który nie wie gdzie się pcha. Zrobiłem szerokie rozpoznanie przed decyzją, wypytałem Andrzeja Mellera i Michała P., który od kilku lat tam mieszka pracując dla NGO. Uznałem, że jest na tyle bezpiecznie, że można jechać. W 2014 wojska NATO wyjdą z Afganistanu i być może przez wiele lat nie będzie szansy się tam dostać. Do tego kilka ważnych zasad: nie podróżować lądem (porwania, miny, wariactwo na drogach), unikać zgromadzeń (zamachy, rozruchy), jeździć z zaufanymi kierowcami, respektować lokalne zasady, uważać, co się fotografuje. I przestrzegać reguł ramadanu, bo akurat się zaczął.
Afgańską wizę załatwia się łatwo i tanio w ambasadzie w Warszawie, zupełnie odwrotnie niż polską dla obywateli Afganistanu (na którą praktycznie nie mają szans). Trudności zaczęły się przy zakupie biletu lotniczego. Chciałem lecieć narodowymi liniami Ariana Afghan Airlines ("moje dziwne gusta"), które nawet miały swojego przedstawiciela w Polsce (Aviareps). Niestety, pomiędzy moim pierwszym telefonem a decyzją o zakupie, agentowi odebrano prawa sprzedaży biletów Ariany (a naprawdę je sprzedawali kilka razy w roku dziennikarzom czy pracownikom NGOs), kazano odesłać blankiety biletowe (papierowe - unikat!) i w ogóle nie powiedziano o co chodzi. To samo stało się u innych agentów w Europie, do których dzwoniłem, a strona www Ariany przestała działać. Zdaje się, że wycofali połączenie z Frankfurtem i uznali, że obecność agentów w Europie nie miała już sensu. Problem był w tym, że Ariany nie ma w Amadeusie ani innych systemach rezerwacyjnych. Nie zrażony dodzwoniłem się ostatecznie do agenta Ariany w Dubaju, który po ściągnięciu pieniędzy z karty wysyłał mi dziwnie wyglądające ciągi skrótów i cyfr, które okazały się jednak być prawdziwym e-ticketem na tę linię. Niemniej jednak aż do momentu wejścia na pokład nie do końca wierzyłem, że polecę.
Lot do Kabulu wyświetlał się tylko na niektórych ekranach dubajskiego lotniska, w bilecie miałem inną godzinę wylotu niż ta, którą znali w check-inie, a wylot był z jakiegoś całkowicie zapomnianego terminalu, z którego korzystają wyłącznie dalekowschodni gastarbeiterzy. Niemniej jednak stary Airbus z ogromnymi oldschoolowymi rzutnikami pod sufitem się w końcu zmaterializował i faktem stało się to, że leciałem do Kabulu. Miłym gestem obsługi było podanie posiłku przed startem, gdyż w czasie lotu nadchodził świt, po którym już jeść ani pić w ramadanie nie wolno. Zastanawiałem się, czy mój Airbus ma za sobą ciekawy epizod z czasów talibanu, kiedy to samoloty tej linii, w służbie państwowej jako narodowy przewoźnik, woziły na zlecenie władz między innymi opium, broń, gotówkę i terrorystów z Al-Kaidy (na fałszywych papierach pracowników Ariany) na trasach do Pakistanu i na Bliski Wschód. Spać z emocji za bardzo się nie dało, zwłaszcza, że zaczęły się widoki całkowicie pustynne, zakurzone i zapylone, a na koniec z tego wszystkiego wyłoniło się lotnisko w Kandaharze, niegdyś stolicy talibów, gdzie stanęliśmy na międzylądowaniu. Klimat tego lądowania, tego pyłu, w połączeniu z tą niesamowitą nazwą miasta i wojskowymi pojazdami opancerzonymi zatrzymującymi na czas lądowania ruch samochodowy wokół lotniska sprawił, że gdyby nie zdjęcie dyskretnie strzelone z iphona, to chyba bym myślał, że mi się to przyśniło.
Następny przystanek był w Kabulu, ale o tym w kolejnym odcinku.









